Zaraz przyjdą do mnie koleżanki. Fantastyczne dziewczyny wspierające mnie zawsze a najbardziej w ciągu tego roku.
Wszystko zaczęło się od bardzo powiększonego węzła szyjnego. M nie lekceważy niczego. Poszedł do lekarza. Jedno badanie, drugie. Trzecie. Antybiotyk. Zero poprawy. Za to niepokój rósł. Bo czuł się coraz gorzej. Pojawił się stan podgorączkowy i bóle w brzuchu.
Po jednym z badań, wysłałam wyniki znajomej lekarce. I odpisała natychmiast. M musi zobaczyć onkologa ASAP. Nogi się pode mną ugięły... Mimo że była na wakacjach umówiła nas z onkolożką. Zajmującą się chłoniakami bo wszystko wskazywało na taki właśnie scenariusz.
Nie będę pisać o tym, jak się czuliśmy psychicznie bo albo ktoś to przeżył i wie albo nie przeżył i nie zrozumie..
Wizyta w piątek rano i od razu hospitalizacja. Pierdyliony badań, biopsja od razu w sobotę, PET we środę. We czwartek wstrząśnięta lekarka mówi, że to nie chłoniak. Że w węźle to komórki przerzutowe. Tylko, że nie wiadomo, co to za rak. ... Na PET nie widać litego guza...
Rollercoaster się dopiero rozpędza...
M wrócił do domu. Czuł się coraz gorzej. Lekarka zleciła gastroskopię. Gastrolog zajrzal do środka. Orzekł, że nic nie widzi poza lekkim stanem zapalnym. Pobrał próbki oczywiście.
Kilka dni później telefon.
Rak żołądka.
Jakkolwiek to zabrzmi, ale jak my się ucieszyliśmy! Brak diagnozy był najgorszym scenariuszem! Leczenie w ciemno byłoby bezcelowe.
Na tym teraz skończę. O leczeniu w innym terminie.
Napisałam to wszystko po to, żebyście nic nie lekceważyli. Nigdy.
I żeby oddać hołd moim przyjaciołom z całego świata co od samego początku trzymali mnie za rękę
❣️
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz