To z profilu Filipa Łobozińskiego...
"Wczoraj było święto dla mnie zarazem ciepłe i bolesne.
Sam jestem ojcem – ojcem, który z pewnością wielokrotnie nawalił, nie był lub się zagapił. Ale też wielokrotnie zdał egzamin i zasłużył na szacunek i miłość swoich córek.
Starsza cały czas jest oddana, a choć nie zawsze myślimy podobnie i nie zawsze siebie nawzajem rozumiemy, nie zwracamy sobie żadnych odznaczeń. Wiemy, co jest ważniejsze.
Młodsza od blisko jedenastu lat pozostaje pięknym wspomnieniem. Pamiętam mnóstwo cudownych chwil. Pamiętam też niestety te dni, kiedy było coraz gorzej. Kiedy ostatni raz sama wstała, kiedy ostatni raz była na kontroli w szpitalu, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy - na dwa dni przed Jej odejściem. Potem już nie była w stanie mówić.
Nikt nie uczy nas ojcostwa, nie ma kursów ani filmików szkoleniowych. To zadanie niewyobrażalnie trudne, radzimy sobie z nim intuicyjnie, jedne/i lepiej, inne/i fatalnie. Ja dawno temu mogłem antycypować słowa Marii Peszek „nie wiem, czy chcę” – ale ostatecznie dwukrotnie zostałem tatą. Podobno – ale tu opieram się na wypowiedzianych przez rozdrażnioną dziewczynę, która ode mnie odeszła jeszcze w plejstocenie – byłem też o krok od innego ojcostwa, ale postanowiła je unicestwić z racji tego, że zakochała się w innym. Może tylko tak mówiła. Ale gdyby nie oszukała i gdyby wtedy urodziła, wszystko potoczyłoby się inaczej i nie urodziłyby się zapewne ani Julia, ani Maria.
Moja pamięć jest dość wredna - dużo lepiej pamiętam sytuacje, w których doznałem krzywdy albo się zbłaźniłem, niż chwile piękne. Pamiętam chwile, gdy obydwie czuły się z mojej winy źle, a o tych drugich często zapominam. Jestem kłębem wyrzutów sumienia.
Sam też jestem synem ojca. To także kwestia ciepła (mniej) i bolesna (równie mocno). Był to człowiek do szpiku kości racjonalny, bez skłonności do jakichkolwiek pozytywnych uniesień. Do negatywnych owszem – bywał bardzo surowy, jako ojciec, jako mąż, jako współpracownik czy kolega. Walił prawdy nieprzyjemne dla innych prosto z mostu, o ile wierzył, że sam stoi po słusznej stronie.
Ale pewnych rzeczy nie dopilnował.
Nie dopilnował tego, by mi opowiedzieć, że on też stracił córeczkę – z pierwszego małżeństwa. O istnieniu Ewuni dowiedziałem się parę lat po jego śmierci z ust jego najmłodszego brata. A o Jej grób przestał dbać kilka lat po Jej odejściu.
Nie doprowadził do tego, bym poznał jego ojca, a mojego dziadka, zanim ten zmarł, gdy miałem siedemnaście lat. Po ostrym konflikcie sprzed (dziś) 75 lat przez lata nie utrzymywali kontaktów, ale w latach siedemdziesiątych wrócili do nich i pogodzili się. Dziadek chciał mnie poznać.
O śmierci dziadka ojciec też powiedział mi kilka miesięcy później, przez przypadek – by wyskoczył jakiś temat i on zapalczywie wypomniał mi, że się przejmuję śmiercią matki kolegi z klasy, a on stracił niedawno ojca i nie dał po sobie poznać (to miał być przykład tego, jaką należy przyjmować postawę wobec wydarzeń silnie działających na emocje).
Dopiero poniewczasie przyznawał mi się, że jakieś tam kobiety bywały jego kochankami – zdradzał mamę, ale przynajmniej na poziomie relacji rodzicielskich starał się być lojalny i solidarny.
Obydwoje (jak opowiedzieli mi też po ich śmierci bliscy znajomi rodziców) mieli trudności z wyrażaniem ciepłych uczuć wobec mnie, jedynaka; dla osób z zewnątrz mogło to robić wrażenie hodowli. Mama długo po rozwodzie rodziców zaczęła wreszcie przyznawać się do miłości wobec swojego dziecka. Ojciec miewał przebłyski uczucia, poza tym rozmawiał ze mną jak z bliskim współpracownikiem. I często między wierszami jakby starał się przemycić mi wskazanie, że lepiej człowiekowi, gdy nie wiąże się zbytnio z partnerem życiowym. Takie echo pobrzmiewało mi w głowie po wielu naszych rozmowach.
Problem – mój, zdecydowanie, i moja wina – w tym, że na swój sposób, choć miałem świadomość jego wad, długo stawiałem go na piedestale. Podziwiałem jego inteligencję, erudycję, zdolność do wyłapywania fałszów. Tylko nie u siebie samego.
Nie dopilnował wreszcie najważniejszego - rozmówienia się ze mną na temat spraw ostatecznych. Pominął mnie w testamencie na prawie siedem lat przed śmiercią, ale nie zająknął się o tym ani słowem, choć dżentelmeńskie ustalenia między nami były takie, że „moją” część spadku przeznacza docelowo dla swojej młodszej wnuczki. Maria wtedy nawet nie miała diagnozy, wszystko wyglądało obiecująco.
Ale ten testament.
Owszem, przyznał się do tego – ale nie mnie. Swojemu kumplowi, który wtedy ponoć spytał: „A załatwiłeś sprawę z Filipem? Będzie miał zachowek?”, na co ojciec odparł: „Filip na pewno nigdy by nie skrzywdził [tu pada imię jego ostatniej żony, spadkobierczyni całości]”. Mnie nie wspomniał o tym nawet na tydzień przed śmiercią, kiedy siedzieliśmy nad szklaneczkami whisky i gawędziliśmy o literaturze. Ten wielbiciel Conrada nie umiał zachować się po conradowsku.
Jego żona – która zapewne od początku ich związku (przez wiele lat na kocią łapę) dążyła do takiego rezultatu – gdy po śmierci ojca powiedziała mi o testamencie, a ja wtedy wspomniałem o zachowku, należnym mi z mocy oczywistych i niekwestionowanych przepisów prawa cywilnego, odmówiła i zagroziła, że gdy będę się upierał przy zachowku („bo tak robią tylko ludzie niegodziwi”), to źle się to dla mnie skończy.
Sprawa w sądzie toczy się siódmy rok. Przyjaciele moich rodziców zostali powołani na świadków pozwanej i napletli bredni na mój temat – jakobym posiadał jakieś działki na Mazurach, jakobym nie interesował się ojcem, jakobym tylko brał od niego pieniądze (bywało wręcz odwrotnie, na co mam dokumenty). Tak to tchórzostwo mojego ojca zafajdało mi także mnóstwo wspomnień z dzieciństwa. Nie powiedział mi o testamencie, bo bez wątpienia wstydził się swojej decyzji.
Postanowił też, że po śmierci dodatkowo oszczędzi wdowie kolejnych kosztów – pochówku – i oddał ciało akademii medycznej. W rezultacie do dziś nawet nie ma grobu, nad którym mógłbym wylać z siebie gorycz i w próżnię zadać pytania. W próżnię, bo w życie pozagrobowe nie wierzył, więc pewnie go ominęło.
Ojcostwo nie jest żadnym przywilejem. Jest często wspaniałym, ale obowiązkiem."
Jakże często wydaje się nam, że tzw ludzie ze świecznika mieli codowne dzieciństwo i wspaniałych rodziców...A bywa różnie..

