To fragment wpisu pani, która po diagnozie raka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce:
"Oczywiście sięgnęłam po grupę środków przeciwpasożytniczych — mebendazol, albendazol, fenbendazol (tylko na początku moich "eksperymentów"), iwermektynę oraz prazykwantel. Temat kontrowersyjny, szeroko dyskutowany w internecie w kontekście onkologii. Zdecydowałam się na to świadomie, rozumiejąc zarówno teorię, jak i brak twardych dowodów klinicznych u ludzi.
Do tego:
- RSO/FECO w bardzo dużych dawkach
- DMSO
- Jod
- Wysokodawkowa witamina C i wlewy z ozonem
- Niacyna, German, Lit,
- Boswellia serrata
- Chaga, indyczy ogon i inne grzyby
- Zastrzyki Iscador — jeden z niewielu elementów tej listy, który ma za sobą realne, choć ograniczone, dane kliniczne w onkologii integracyjnej w Europie
I przez cały ten czas — dieta ketogeniczna. Mięso od własnych zwierząt z farmy: krowy, świnki, kurczaki, bażanty, przepiórki, jelonki i wiele innych."
Są też w użyciu lewatywy i inne pizdowate pomysły. W ciągu dwóch lat zrujnowała sobie tak organizm, że kiedy w końcu w obliczu przerzutów do wszystkiego postanowiła leczyć się u lekarza, nie mogła dostać pełnej dawki chemii. Jej wątroba umierała. Jest leczona paliatywnie. Rozum poniekąd wrócił. Rak się rozpanoszył.
Ona zrzuca winę na system. Źli lekarze, nie chcieli jej słuchać tylko szli wg protokołu medycznego.
Medycyna teraz naprawdę czyni cuda i.nawet w jej przypadku nie załamała rąk, chemia i herceptyna zatrzymała chorobę.
Ja jak i ona, miałam wysokie Ki67 i her dodatni. Ja podążałam za nauką i procedurami medycznymi. Po 5 latach od diagnozy świętowałam radośnie 50tkę i żyłam pełnią życia. Ona po 5 latach jest w co najmniej szarej dupie.
Od Ciebie zależy czy wolisz ten internetowy pożalsiępanieboże protokół czy życie i zdrowie.


